Droga od sceptycyzmu do relacji

RELACJA PATRYCJI:
Zgłaszając się do programu Top Minds, byłam studentką ostatniego roku studiów magisterskich. Udział w tegorocznej edycji był dla mnie szczególnie ważny ze względu na newralgiczny moment rozwoju akademickiego, w którym się znajdowałam. Miałam poczucie, że wykorzystałam już wiele możliwości dostępnych na etapie studiów, a ponieważ planowałam udział w rekrutacji do szkoły doktorskiej, potrzebowałam wsparcia osoby, która pomogłaby mi świadomie i odpowiedzialnie zaplanować dalszą ścieżkę kariery badawczej. Niezwykle zależało mi nie tylko na zdobyciu akademickiego know-how, tak potrzebnego na tym etapie drogi, lecz także na doświadczeniu partnerskiej relacji naukowej. To właśnie w niej dostrzegałam największą wartość programu; w wymianie idei i sposobów myślenia o nauce, a także w międzypokoleniowej współpracy opartej na dialogu i wzajemnym wsparciu. Wspominam o tym, bo do złożenia aplikacji skłonił mnie również silnie indywidualistyczny model działania, którego doświadczałam w humanistycznym środowisku naukowym.
Początkowo podchodziłam do mentoringu dość sceptycznie. Właściwie nie do samej relacji mentorskiej, lecz do dyskursu, który wokół niej narósł. Kolejne zapewnienia, że „mentoring to proces”, „liczy się droga”, wydawały mi się nieznośnymi truizmami. Dopiero doświadczenie tego, jak nasz mentoring meandrował, dokąd nas prowadził, i w jaki sposób stopniowo odsłaniał zupełnie nieoczekiwane rzeczy, pozwoliło mi naprawdę zrozumieć sens tez, które wcześniej uważałam za banalne.

Właśnie dlatego nie chcę w tym miejscu opowiadać wyłącznie o celu mentoringowym, który wspólnie ustaliłam z moją mentorką Anią. Mogłabym z wielką satysfakcją napisać, że zrealizowałyśmy go (i to z nawiązką), jednak nie sądzę, by właśnie na tym polegała istota naszego procesu. O wiele bardziej zapadły mi w pamięć całe strony notatek zapełniane po każdym naszym spotkaniu, rozmowy tak długie i angażujące, że podczas Midtermu omal nie zostałyśmy zamknięte w budynku, wzajemne inspirowanie się, a także wspólne oburzanie się na wady i nierówności obecne w świecie akademickim. Nasze wielogodzinne rozmowy pozwoliły mi nie tylko utwierdzić się w przekonaniu, w jaki sposób chcę uczestniczyć w nauce, lecz także dowiedzieć się, czego zdecydowanie nie chcę. Zrozumieć, jakich modeli działania nie zamierzam powielać ani legitymizować swoją obecnością.
Niezwykłe było dla mnie stopniowe odkrywanie, jak trafnie zostałyśmy dobrane jako para mentoringowa. Łączyły nas podobne sposoby myślenia, zbliżone spojrzenie na humanistykę, a nawet niechęć do tych samych zjawisk. Szybko okazało się również, że pracujemy w bardzo podobny sposób, sumiennie i z dużą potrzebą porządkowania kolejnych działań. Obie patrzymy na ścieżkę naukową odpowiedzialnie, nie rezygnując przy tym z kreatywności ani z odwagi, by pozwalać marzeniom wyznaczać kierunek kolejnych kroków. Dzięki temu wszystkie nasze spotkania łączyły konkretne planowanie z przestrzenią dla pomysłów, które początkowo mogły wydawać się zbyt fantazyjne lub zbyt dalekosiężne, lecz z czasem zaczynały nabierać coraz bardziej realnego kształtu.
Myślę, że doskonałą ilustracją tej drogi jest sposób, w jaki rozpoczęłam i kończę program mentoringowy. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z Top Minds, jedną z pierwszych historii, którymi podzieliłam się podczas integracji na Bootcampie, było wspomnienie zorzy polarnej. W styczniu tego roku, zaledwie kilka dni przed inauguracją programu, spełniłam bowiem jedno ze swoich największych marzeń. Wybrałam się do norweskiego Tromsø, aby nie tylko doświadczyć nocy polarnej, lecz także podziwiać na żywo światła Północy.
Zbliżając się do końca programu, dowiedziałam się natomiast, że Ania przenosi się z Katowic na Uniwersytet Arktyczny w Tromsø, a na nasze ostatnie, podsumowujące spotkanie online połączy się właśnie stamtąd. Już dziś obie wiemy, że w przyszłym roku ponownie spotkamy się w Tromsø, tym razem na żywo, niemal dokładnie rok po rozpoczęciu naszej edycji. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie piękniejszą klamrę dla całego procesu mentoringowego.

RELACJA ANI:
Do programu przystąpiłam z oporem oraz z niechętnym dystansem do słowa mentoring, musząc wybierać spośród kandydatek, które nie wydawały się potrzebować żadnego prowadzenia – zwłaszcza pani Patrycja. Zmagałam się więc z obawą potencjalnej straty czasu dla obu stron. A tego bardzo nie lubię.
Program skojarzył nas w sposób niemal okultystyczny. Nic bowiem wcześniej nie wskazywało na tak wysoką kompatybilność, oraz na to że każde spotkanie objawi same punkty styku, jeden do jeden, i przyniesie strumień obustronnej i solidnej inspiracji.
Nie ma nic łatwiejszego niż praca z osobą, która doskonale rozpoznaje swoje pragnienia, rozumie swoje potrzeby i dostrzega konieczność bycia praktyczną w nawigowaniu jednym i drugim. Która nie boi się wydatkować energii i dokonywać ryzykownych kompromisów, nie tracąc przy tym szacunku dla własnego dobrostanu.
Dzięki tej współpracy rozumiem mentoring jako relację między osobami, w której mentorujący jest rekwizytem niezbędnym dla pracy i rozwoju mentorowanego na tym konkretnym etapie, ale nie warunkiem koniecznym. Słowo rekwizyt dobrze oddaje te niuanse.
Dziś przeszłyśmy na Ty i wymieniłyśmy się książkami swojego autorstwa. W styczniu spotykamy się w Tromsø, gdzie zaczynam pracę od września. I myślę, że element norweski czy arktyczny to najlepszy dowód na nadnaturalnie trafne dopasowanie nas w rekrutacji do programu.
Naszą relację mentoringową określiłabym mianem WSPÓŁTOWARZYSZENIA.
Thank you Patrycja.
Thank you Fulbright.
Tekst autorstwa Patrycji Ignaczak i Anny Malinowskiej, 19 czerwca 2026